Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Wiersz i Opowiadanie.
home
book
2014
Luty
2013
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj

simple-me.blog4u.pl
nieistniejaca-komnata.blog4u.pl

Welcome to the NHK
Kushina's blog
Wiara to serce.
Komedia w parze z miłością.



# | Samoobs. + TCS.

broken thoughts

Wiersz i Opowiadanie.

Wiersz - "Różności"

Wanilia i Czekolada.
Białe i czarne.
Zebra.
Dwukolorowa tęcza uczuć
która każe mi zachować pozory...
Wszystko jest dobrze.
A moja tęcza? Dwukolorowa.
Białe i czarne.
Wanilia i Czekolada.

 

 

 

Opowiadanie - "Drums"

Do tego opowiadania przewidziałam kontynuację. Jednak to od was jedynie zależy, czy ją dopiszę i udostępnię.

 

Skinienie głowy. Jak okiem sięgnąć gęstwina uczuć. Wręcz ich lawina. A ja się duszę. Duszę się instynktownie. Zawsze duszę się w takich sytuacjach. Wiecznie. Jak na zawołanie. Tylko dajcie mi co do tego możliwość. Dajcie mi mały pokój, jeden na jeden i mniej, w którym nie będę mogła długi czas złapać oddechu. Bo zacznę się dusić. Najnormalniej w świecie rozpocznę swoją histerię. A moje uczucia przeleją szalę na to, czy zginę, czy też nie.
Tak działo się w tej chwili - umierałam. A dlaczego? Pewna osoba zamknęła mnie w szafie i zapomniała wypuścić, kiedy było już po wszystkim. Nienawidziłam się ukrywać. I dlaczego akurat musiałam włazić do tej szafy, w której nawet najmniejsze stworzonko czułoby się jak w pokoju mniejszym od samego siebie? Przystawiałam usta do szczeliny między drzwiczkami, oddychając spazmatycznie. Próbowałam oddychać, jednak nie dawałam już rady. To nie była moja wina, że nie potrafiłam wytrzymać w małych, zamkniętych pomieszczeniach. Płakać mi się chciało. A ona nie przychodziła. Że niby nie byłam już ważna? Nie. Byłam ważna. Jednak dla niej ważniejsze było stwarzanie idealnego wizerunku grzecznej dziewczynki. Słodkiej córeczki myślących o nie wiadomo czym rodziców. Nienawidziłam jej rodziców. Gorszych mieć, naprawdę, już nie mogła. Torri - krzyczałam jedynie w myślach, usiłując nie zdradzić swojej obecności nikomu niepożądanemu - wracaj szybko, wracaj, bo będziesz miała niebawem trupa w szafie.
Wytrzymałam jeszcze tylko piętnaście minut. Następnie waliłam w drzwi, rozpaczliwie próbując ją do siebie przywołać - bezskutecznie. Krzyczałam tak długo, tłukłam w drzwi i błagałam. Przyszła po kolejnych dziesięciu minutach.
Wypełzłam z ciemnego i ciasnego pomieszczenia i jak nigdy nic zaczęłam całować podłogę, na której leżałam. Na której siedziała i ona. Byłam szczęśliwa. Otulona szczęściem. Pijana niesamowitą radością. Uniosłam wyżej głowę, kiedy już się uspokoiłam. Wysoko. Tak, aby móc wbić mordercze spojrzenie zielonych oczu w jej sączące się lazurem tęczówki. Miałam ochotę ją udusić.
- Jeszcze dłużej trzeba mnie tam było trzymać!
- Po coś tak waliła?! Prawie się wydałaś! - wysyczała przez zaciśnięte szczęki, co tylko skwitowałam swoim cichym warkotem. Chwilę później żywo próbowałyśmy się podrapać w najbardziej nienormalnych miejscach, gdziekolwiek, byleby ta druga musiała niebawem wylizywać swoje rany.
Gdyby nie była taką genialną gitarzystką, połamałabym jej pazury i jeszcze powiedziała, że to mi stała się największa krzywda. Złapałam ją jedynie za chude nadgarstki swoimi drobnymi dłońmi i popchnęłam na łóżko, zsuwając z jednej z jej ud zakolanko. Wiedziałam, że nienawidziła, kiedy nie były założone odpowiednio. Posłała mi wredne spojrzenie rozwścieczonych oczu, a ja jedynie uśmiechnęłam się wyniośle, biorąc w ręce poduszkę. Zaczęłam następnie ją nią okładać, nie zwracając uwagi na to, że robię to zbyt mocno i zbyt chaotycznie.
- Giń! - śmiałam się szyderczo, zaraz jednak czując jakieś niezbyt przyjemne zawirowania. Zrzuciła mnie z siebie i poprawiła zsuniętą część ubioru.
- Rodzice są jeszcze na dole. Odwaliło ci?
- Nie... Po prostu bardziej cię lubię, kiedy konasz z bólu. - Zażartowałam, kiwając głową wesoło na boki, jak zawodowy psychopata.
- Psychopatka! - Właściwa nazwa. - Zaraz zobaczysz moją słodką zemstę, tylko poczekaj!
- A no. - Zachichotałam, cmokając i wpatrując się w nią rozmarzonym wzrokiem. - Dzisiaj użyjemy kremu z aloesem czy balsamu kojącego po opaleniźnie?
- Czegoś innego... - Tutaj zrobiła dłuższą przerwę, chcąc mnie z pewnością dłużej przytrzymać w niepewności. - Dzisiaj zrobimy naleśniki, nasmaruję cię bitą śmietaną i zostaniesz na noc. Rodzice wyjeżdżają w interesach do Rotterdamu.
Dzisiejszego dnia cieszyłam się, że zamknęła mnie w ciemnej, pełnej z całą pewnością pająków, małej szafie. Jeszcze bardziej cieszyłam się z racji tego, że się poznałyśmy. Że podobało się jej moje imię. Że wszystko we mnie jej się podobało. Z wyjątkiem kiwi, którego nie mogła zrozumieć. Ani owocowego ani zwierzęcego. Że kochałyśmy ze sobą przebywać i grać, a już tym bardziej uwielbiałam ją za to, że była Torri. Tą taką dziewczyną, z którą wszystkie marzenia, nawet te najbardziej nienormalne, spełniały się szybciej niż wszyscy mogliby tego oczekiwać.

Poznałyśmy się w Amsterdamie. W krajach Beneluksu. W Anglii. Na Majorce. W Australii. W Nowym Jorku. Wtedy, kiedy ludzie zaczęli się osiedlać na dwóch kontynentach Ameryki. W czasie, w którym Edison wymyślił żarówkę. Byłyśmy sobie przeznaczone. Ot tak sobie - jej długie, proste, ohydne blado piaskowe włosy i moja czarna jak śmierć burza loków. Była zbiorem wszystkich moich najsłabszych cech, tą oazą spokoju, której mnie brakowało. Ja byłam tą wygadaną, częścią, której jej brakowało. Dopełniałyśmy się. Tak bardzo straszliwie się dopełniałyśmy i rozumiałyśmy, że wszyscy oprócz nas byli przerażeni. Bardziej, niż właściwie powinni. Nie grałam pierwszych skrzypiec, tak samo jak i ona w naszym długoletnim już związku. Ona była słodka i sympatyczna dla innych, a ja wredna i paskudna. Jednak dla niej byłam inna. Kochałam ją. A ona mogła przy mnie być taka, jaka chciała być.
- Wiesz, jak się robi ciasto na naleśniki, prawda? - zapytała mnie, kiedy już siedziałyśmy w kuchni. Jej rodzice szybciej się uwinęli, niż powinni byli, wcale się chyba nawet z nią nie żegnając.
- Nie wiem. Od czego mamy książki kucharskie, neta? - Kilkadziesiąt pisków i warkotów później wybrałam odpowiedni przepis z kilkunastu, które udało mi się wyszukać wpisując frazę "przepis na naleśniki" w google. Podałam jej telefon, zeskakując z barowego krzesełka stojącego przy jej wypasionej wysepce pośrodku kuchni. Automatycznie podeszłam do lodówki, otworzyłam ją i wyciągnęłam sobie karton soku.
- O, dziewczynki! Jesteście w domu? To sobie siedźcie, idę do siebie.
Lolita znowu przemknęła przez kuchnię powodując, że prawie zwróciłam na Torri pomarańczowy sok. Przestraszyłyśmy się obydwie myśląc, że to jej matka wróciła po coś do domu. Chociaż...
W zasadzie ich prywatny samolot już dawno pewnie wystartował. Lolita, bo tak ją nazywałyśmy ze względu na jej ubiór, była babcią Torri. Mieszkała tutaj, bo ktoś w końcu musiał zajmować się niepełnoletnią kociarą kiedy rodziców w domku nie było. O tak - Torri była bezwzględną kociarą. Współczułam wszystkim mleko pijącym kociakom, które porywała w swoje szpony.
Powracając do babci - ona jedna wiedziała, co tak naprawdę wyprawia moja przyjaciółka. Wiedziała, że jest zakochana w pewnym facecie, którego nawet na oczy nie widziała, a którego wokal, a nawet i wygląd wyglądały jak kobiece, tak samo jak wiedziała, że nie ma zamiaru robić doktoratu. Wiedziała również i o mnie i cieszyła się bardzo, że jej wnuczka ma normalnych znajomych a nie takich, jakich jej pod nos co tydzień podstawiali rodzice. Torri była w pewnym czasie zmuszona kupić sobie nową kartę i założyć sobie nowe gadu, bo te wszystkie paskudne dzieci zaśmiecały jej skrzynki pocztowe i spamowały jej czas zbędnymi zaproszeniami na piknikowe party, na które chodzić nie chciała.
- Wypadałoby jej kupić takie fajne papcie, co z każdym krokiem piszczą.
- A no.
- Słyszałam!
Podskoczyłyśmy obydwie po raz kolejny tego wieczora i zaśmiałyśmy się kojąco, przy czym zawtórował nam śmiech jej opiekunki. Postanowiłyśmy, że zrobimy więcej i ją poczęstujemy... Aby w razie czego to ona sprawdziła na sobie, czy będziemy w stanie to przeżyć, czy też nie.
Kucharki z nas były wręcz potworne, dlatego już niedługo po wyciągnięciu mąki w misce było jej tylko garstka, za to na nas i na okolicznych sprzętach prawie cały kilogram. Po tym kilogramie ogarnęłyśmy się na tyle, że wsypałyśmy proszek wspólnie, pilnując, aby nic nie wylądowało znowu na nas ani na podłodze. Następnie zastanawiałyśmy się, czy kilogram a i może nawet więcej to czasami nie za dużo i łyżkami ujmowałyśmy co nieco z miski.
- Bierz mopa i to teraz wszystko wyczyść!
- Mopa?! Zgłupiałaś, idiotko? Czy ty nie wiesz, że jak tę mąkę potraktujemy wodą, to jeszcze gorzej będzie?!
- Nie drzyj się na mnie! - Wściekła, zaczęłam rozglądać się po całej kuchni, zaraz jednak ręką uderzając się w czoło. Wlazłam do składziku i wyciągnęłam dwie szczotki.
- Jednak umiesz myśleć...
- Zamilcz, proszę.
- Jesteś paskudna! - Wyrwała mi kij z dłoni i zaczęła zamiatać z podłogi dosyć grubą warstwę prowiantu w proszku. - Nie dość, że przyłazisz mi do domu, to jeszcze każesz mi się zamknąć!
- Dobrze wiemy, że to lubisz.
- Jak cholera.
Cmoknęłam ją w naburmuszony, zaróżowiony od wcześniejszego śmiechu policzek i również zaczęłam zamiatać. Trudno by mi było nie powiedzieć, że żałuję mąki, która na nią spadła. Wyglądała jak ten bałwan, a ja i tak już długo czekałam na to, aż w końcu spadnie upragniony śnieg. Jesień się dłużyła i to bardzo, nie chcąc chyba w ogóle odejść ani ode mnie, ani od mojej Torri. Cóż... Święty Mikołaj z pewnością również będzie w tym roku sprawiał fochy. Mnie z całą pewnością. Rodzice blondynki pewnie wypisali już mu dosyć spory czek, aby nie zawiódł ich jedynaczki. Typowe - jedynaczka w domu i już wszystko wydaje się być piękne. Ta słodzinka była jednak inna od tych wszystkich zarozumialców, których udało mi się do dzisiaj dzień poznać. Była inna. Bardzo, bardzo inna. A że wtedy, na początku epoki dinozaurów tylko ona wyglądała na taką, co to warto jej zaufać, padło właśnie na tę wariatkę. I trzeba było zobaczyć jej minę, kiedy zobaczyła mnie z tym tortem o dziwnym kształcie, którego większa część ulokowała się na mnie. Chyba jej to później pasowało. Jadła go ze mnie, śmiejąc się i zaklinając, że to najlepsze urodziny, które mogła od rodziców dostać. Nie codziennie dostawała bowiem w prezencie najlepsze przyjaciółki.
A jeśli mogłam jej wierzyć, a wierzyłam na pewno, byłam jej jedyną najlepszą kumpelą. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebowałam. Chociaż... Wolałabym, gdyby nie była aż tak bardzo bogata. Zbyt wiele naoglądałam się takowych w telewizji i wyczytałam o takich w gazetach, żeby się teraz o nią nie martwić. A może niebawem jej odbije? Może w niedługim czasie zacznie ze mnie ściągać haracz za przesiadywanie u niej w domu, o czym jej rodzice w ogóle nie wiedzieli?
- Spadaj banany prostować, łakomczuchu! - Pacnęłam ją w łapkę, kiedy próbowała podebrać imitację placuszka z wielkiego talerza. Miały być naleśniki... Jednak ciasto wyszło zbyt gęste, abyśmy mogły w ogóle o nich później myśleć.
- No przecież jak sobie wezmę jedno, to nikt nie zdechnie z głodu!
- Wyślemy je wszystkie do Afryki, tam są bardziej potrzebne.
- Chyba żartujesz... Ale że tak wszystkie?
- Tak, wszystkie.
- Nie pozwolę na to! - Porwała talerz z blatu, cofając się o dwa kroki. Czekałam tylko na to, aż go upuści na podłogę. Był gorący z całą pewnością.
- Naaaaa! Parzy! - jej pisk jak zwykle rozbawił mnie do łez. - Czemu mi nie powiedziałaś?!
- Zgłupiałaś, idiotko? - Zacytowałam ją z szerokim uśmiechem na ustach. - Czy ty nie wiesz, że jak się gorące placki na talerz położy, to i on będzie parzyć?
Wydęła usta w podkowę, która za nic w świecie nie była uśmiechem. Skwitowałam to jedynie wzruszeniem ramion, bo zabawna była ta jej tkliwość budzić mająca minka. Czasami się na nią łapałam, czasami nie - podstawą było odpowiednie zablokowanie wcześniejszych drzwiczek emocjonalnych, przez które mogłabym jednak jej na wszystko przytaknąć.
- Zostawimy cztery. Resztę możemy wysłać nawet na Honolulu.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz, jakie kangury będą szczęśliwe.
- Mamy je wysłać do Toronto!
- Polacy z pewnością zrobią z nich należyty pożytek.
Czas, dopóki w końcu nie zasnęłyśmy zmożone tym wszystkim był jak zwykle nieprzemyślany i bajeczny. To wszystko przez ten jej dziecinny śmiech i wesoły uśmiech, który tak bardzo kochałam, który zapisać się miał na zawsze w mojej pamięci. Jej babcia, która próbowała jak tylko mogła nas nie pozabijać, kiedy obudziłyśmy ją i dałyśmy cały kopiec malutkich placuszków i to, jak próbowała się nie wydać, kiedy łgała niewysłownie, że są wyśmienite i że nadajemy się na kucharki... Gdyby tak połączyć niektórych członków naszych rodzin, to powstałaby taka jedna wielka, szczęśliwa, kochająca się rodzinka. Tyle z tym, że to nie było możliwe.


Głosuj (0)

omnonom 11:44:12 15/08/2012 [Powrót] odezwij się